BARTOSZ GAJEWSKI Na skrzydłach rozwoju

Bartosz Gajewski, prezes EMERSSON E.B., swoje doświadczenia z okresu studiów i późniejszej kariery zawodowej zamienia w inicjatywy, które pomagają ponad 8 milionom osób w odnalezieniu własnej drogi do sukcesu. Swoimi działaniami, już od ponad 10 lat, rozwija nowe aplikacje w najnowszych technologiach, które skupiają się wokół rozwoju kariery i tworzenia sieci kontaktów zawodowych.

 

bartosz gajewski łódź warszawa

 

Weronika Chodorek: Jak to się stało, że postanowiłeś pomagać ludziom w odnalezieniu własnej ścieżki kariery zawodowej?

Bartosz Gajewski: Doskonale pamiętam, że kiedy w liceum zbliżał się okres maturalny i należało już na poważnie zastanowić się nad wyborem kierunku studiów, ja totalnie nie miałem pojęcia, co chcę w życiu robić. Nie miałem żadnego pomysłu na siebie i nie wiedziałem nawet czym się pokierować w tym wyborze.

 

Nie przypominam sobie również, by moja szkoła starała mi się w tym pomóc. Muszę się przyznać, że kierunek studiów wybrała mi moja mama, która zdecydowała za mnie! Ja wiedziałem jedynie, że chcę studiować na Uniwersytecie - to właśnie na Uniwersytet szły najfajniejsze dziewczyny z mojej szkoły (śmiech). Umysły ścisłe, które pasjonowały się matematyką, chemią czy fizyką, szły na Politechnikę.

 

A w moim kręgu zainteresowań znajdowała się po prostu płeć piękna i dlatego zdecydowałem się na UŁ. Moi rodzice również są absolwentami Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego, oboje studiowali ekonomię.

 

WCh: Skąd taki wybór?

BG: W liceum nie byłem zbyt ambitnym uczniem i nie stawiałem sobie wysoko poprzeczki. Człowiek, który ma piętnaście czy osiemnaście lat, raczej nie myśli o karierze zawodowej i tym, żeby świecić przykładem. W głowie ma się raczej chęć robienia różnych głupot i popisywania się tym przed kolegami.

 

Moja mama stwierdziła, że te studia będą dla mnie odpowiednie, ponieważ nie są aż tak wymagające. Ilość przedmiotów kierunkowych związanych ze statystyką czy ekonometrią była dość nieduża. Na szczęście człowiek dorasta i zmieniają mu się cele w życiu.

 

WCh: Czyli później podniosłeś sobie poprzeczkę wyżej?

BG: Tak, choć następowało to stopniowo. Od zawsze wiedziałem, że chcę pracować na własną rękę, a nie być tylko elementem czyjejś układanki. Okres studiów pomógł mi nauczyć się, w jaki sposób wystartować. Najlepiej jest uczyć się obserwując innych - ich powodzenia i niepowodzenia, aby w przyszłości nie popełniać tych samych błędów. Mówi się, że „z kim przystajesz, takim się stajesz”. Osobą, która była dla mnie inspiracją, był mój o rok starszy kolega.

 

Teraz sam pracuje na Uniwersytecie, prowadzi własny biznes a ponadto jest członkiem rad nadzorczych. To on zainspirował mnie do tego, aby być aktywnym studentem i angażować się w życie uczelni. Zaangażowaliśmy się do tego stopnia, że postanowiliśmy wystartować w wyborach do samorządu studenckiego.

 

Piastowaliśmy funkcje reprezentatywne na Eksocu, byliśmy szefami samorządu, a później zostaliśmy także wybrani jako delegaci do ogólnouczelnianej Rady Samorządu Studentów oraz Parlamentu Studentów RP.

 

WCh: Piękna zmiana! Od rozrabiającego licealisty do aktywnego studenta.

BG: Uświadomiłem sobie, że same studia nie zagwarantują mi powodzenia w życiu zawodowym. Dzięki działalności w organizacjach studenckich chcieliśmy poznawać jak najwięcej ludzi. Bo to przede wszystkim ludzie i kontakty są gwarantem sukcesu.

 

Wiadomo, że na studiach mamy znajomych z grupy czy z roku, ale warto zawierać także inne znajomości. Na moim roku było około 130 studentów. Jednak na całym wydziale było ich wtedy już około 11 tysięcy. Postanowiliśmy więc…

 

WCh: Wszystkich poznać?!

BG: Mimo szczerych chęci, to byłoby chyba niemożliwe! Postanowiliśmy więc dać się poznać innym. Organizowaliśmy mnóstwo imprez studenckich i nigdy nie zadowalaliśmy się ilością uczestników na poziomie, stu, czy dwustu osób.

 

Naszym celem zawsze była duża publika. Co bardzo ważne, na każdą z tych imprez udawało nam się pozyskiwać środki od sponsorów. Nauczyliśmy się jak tworzyć oferty sponsorskie oraz jak umawiać i przeprowadzać rozmowy ze sponsorami. Będąc studentem i mając niewiele ponad 20 lat, nie jest łatwo przedrzeć się przez sekretariat, a co dopiero pozyskać jakieś środki finansowe. Jednak nam zawsze to wychodziło.

 

 

Co więcej, nigdy nie baliśmy się dużych korporacji czy instytucji, banków, czy firm, które inwestowały w regionie. Nasze inicjatywy zawsze były przemyślane, a zatem grupa odbiorców, do których chcieli trafić nasi sponsorzy, też była starannie dobrana. Oferta sponsorska tak naprawdę niczym nie różni się od oferty handlowej. Nauczyliśmy się sprzedawać, a z taką umiejętnością mogliśmy być już niemal pewni, że poradzimy sobie w dorosłym życiu zawodowym.

 

WCh: Jak doszło do tego, że założyliście „pierwszy biznes”?

BG: Przy organizowaniu tych przedsięwzięć niezbędna była działalność gospodarcza, ponieważ uczelnia nie mogła rozliczać wszystkich naszych projektów. Dlatego w 2004 roku założyliśmy stowarzyszenie. Nazwaliśmy je „Stowarzyszenie Inicjatyw Studenckich”, ponieważ mógł w nim działać każdy student, który miał jakąkolwiek inicjatywę. Ja i dwójka moich kolegów jako trójosobowy zarząd sprawowaliśmy nad nimi opiekę, zdradzaliśmy nasze Know How.

 

Można powiedzieć, że była to forma własnego biznesu. Zawsze byliśmy nastawieni na rozwój, zależało nam na dużej ilości członków i sympatyków. Dlatego Stowarzyszenie działało nie tylko w Łodzi, lecz również w głównych ośrodkach akademickich w całej Polsce, co było możliwe dzięki naszej aktywności w Parlamencie Studentów RP.

 

WCh: Dlaczego więc w trakcie studiów wyjeżdżałeś do pracy za granicę?

BG: Stowarzyszenie faktycznie prowadziło działalność gospodarczą, jednak w formie non-profit. Wszystkie zarobione pieniądze inwestowaliśmy więc w kolejne projekty. Środki na własne cele trzeba było zatem czerpać z innych źródeł. Ja zdecydowałem się na pracę w Londynie. Przez całe studia migrowałem między Wielką Brytanią a Łodzią.

 

Wyjeżdżałem w czerwcu i wracałem w grudniu. Po powrocie musiałem się więc nieźle nakombinować, żeby nie mieć kłopotów na uczelni. Zarobione pieniądze odkładałem no kolejne kilka miesięcy życia w Polsce. Nauczyło mnie to planowania budżetu, oszczędności, samodzielności i gotowości do ciężkiej pracy. Wyjeżdżając do Londynu w piątek, w poniedziałek byłem już w pracy. Pracowałem siedem dni w tygodniu po kilkanaście godzin dziennie.

 

WCh: Już od dawna nie jesteś studentem, jak przełożyły się twoje doświadczenia na projekty, które obecnie realizujecie?

BG:  Od pierwszego dnia naszej działalności aż po dziś, podejmujemy różnorodne działania, aby pomagać młodym ludziom w odnalezieniu swego miejsca w życiu zawodowym. Robimy to wykorzystując przemyślane, biznesowe modele działania. Możemy się pochwalić stworzeniem kilku popularnych portali internetowych.

 

Wkładamy w nasze działania mnóstwo serca, bo sami dobrze wiemy, co tak na prawdę jest pierwszym krokiem do kariery zawodowej. Ciągle mamy też nowe pomysły. Od jakiegoś czasu zajmujemy się także employer brandingiem. Jest wiele pracodawdów, którzy chcą dotrzeć do swoich przyszłych pracowników. My stwarzamy im tę możliwość dzięki różnym kanałom komunikacji. Wszystko to – inicjatywy związane z nauką i pracą - buduje spójną całość i przynosi mierzalne korzyści pracodawcom.